Trwa sondowanie czy Platformie opłaci się przeprowadzenie przyspieszonych wyborów parlamentarnych. SLD rośnie w siłę, PJN się rozpycha, PiS niewiele, ale zyskuje. Tymczasem wokół premiera zbierają się czarne chmury. Ataki prezychodzą z najmniej spodziewanych stron. Profesor Balcerowicz, Business Center Club, redakcja Puls Biznesu, itd. Tuzy polskiej gospodarki nie chcą Tuska jako premiera. Co gorsza, znaczna większość wyborców też sobie tego nie życzy-ostatnie poparcie dla PO oscyluje wokół 37%...
Ale jak zwykle o wszystkim zdecyduje nie aktor Tusk, tylko reżyser Ostachowicz.
Palikot ogniskuje uwagę mediów, a finalnie opinii publicznej na swojej osobie. Przez to nieróbstwo i szkodzenie państwu przez Platformę jest trudniej dostrzegalne. Co więcej, swoimi skandalicznymi wypowiedziami przesuwa granicę wrażliwości wyborców na niesprawiedliwe szykany wobec PiS-u. Tak, by określenia"głupki" czy "oszołomy" już nikogo nie raziły. Wreszcie zaspokaja głód sensacji u młodych ludzi, którzy swoją wiedzę polityczną czerpią z nagłówków artykułów w najbardziej znanych portalach internetowych. Poparcie dla PO w tej grupie społecznej utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie.
Janusz Palikot nie jest zionącym nienawiścią osłem tylko wyrachowanym i pozbawionym zachamowań graczem. On, w przeciwieństwie do Stefana Niesiołowskiego, nie tylko nie wierzy w te głupstwa, ktore wygaduje, ale nawet nie zastanawia się, co naprawdę myśli w danej kwestii. Wiceprzeodniczący Palikot zastanawia się jedynie jakie zachowania przyniosą pożądany efekt polityczny.
Prezentuje więc wzorową postawę z punktu widzenia interesów Platformy Obywatelskiej i fatalną z punktu widzenia interesów państwa. Szkoda tylko, że gros mediów interesuje się tym panem.
O tegorocznych wyborach prezydenckich można pisać w bardzo wielu aspektach. Poza tymi typowymi dla demokratycznego wyścigu po władzę dochodzi w tym roku również kontekst tragedii smoleńskiej. Jednak w tym wpisie chciałbym zwrócić uwagę przede wszystkim na zastanawiającą rozbieżność w prognozowanych wynikach wyborów w dwóch głównych stacjach telewizyjnych, czyli TVP i TVN.
TVP dawało kandydatowi Platformy Obywatelskiej 5% przewagi nad kandydatem Prawa i Sprawiedliwości, podczas gdy TVN wskazywał na 12% różnicę! Z czego te dysproporcje wynikają. Czy przyczyną nie jest finansowa symbioza między koncernem ITI, do którego należy grupa TVN, a Platformą Obywatelską? Przypomną tylko o finansowym wsparciu jakiego właściciel TVN-u udzielił kandydatce PO Hannie Gronkiewicz-Waltz w czasie kampanii wyborczej w ostatnich wyborach samorządowych, podczas gdy ta, już jako prezydent, zaakceptowała decyzje radnych o przekazaniu Mariuszowi Walterowi 500 milionów złotych na budowę stadionu Legii Warszawa, którego prezes Walter jest właścicielem.
A może to jednak prognozowane wyniki TVN, a nie TVP są bliższe prawdy? Nic z tych rzeczy! Po przeliczeniu 95% głosów różnica między Jarosławem Kaczyńskim, a Bronisławem Komorowskim wynosi... dokładnie 5%.
W kontekście przemian Jarosława Kaczyńskiego warto zwrócić uwagę na ich dwie płaszczyzny. Ważniejszą dla Polski, czyli tę w sferze programu, poglądów, przestrzeganych zasad i tę mniej ważną, choć o szczególnym znaczeniu w okresie przedwyborczym, czyli tę w zakresie sposobu komunikowania się z wyborcami.
Wszelkie stwierdzenia o rzekomych przemianach w pierwszej płaszczyźnie wydają się nieuzasadnione. Prezes PiS niezmiennie podkreśla rolę silnego państwa, konieczność realizowania stanowczej polityki zagranicznej, czy potrzebę uwolnienia energii polskich przedsiębiorców.
W zakresie formy przekazu natomiast istnieje wyraźna zmiana. Zaczął dominować język zgody narodowej, współpracy oraz szukania porozumienia. Oczywiście pojawia się pytanie w jakim stopniu jest to wynik osobistej tragedii Jarosław Kaczyńskiego i smutnego krajobrazu Polski po powodzi, a w jakim rezultat słuchania doradców od marketingu politycznego, ale tu już dochodzimy do obszaru domniemań, a fakty pozwoliłem sobie opisać powyżej.
W kontekście skomentowanego przeze mnie znaczenia hasła wyborczego Bronisława Komorowskiego warto przyjrzeć się w jakim stopniu ma się ono do rzeczywistości. Innymi słowy czy za pięknymi zapowiedziami idą równie piękne czyny. W tym miejscu właściwe wydaje mi się przytoczenie kilku przykładów zachowań przedstawicieli obozu marszałka Komorowskiego. Bo przecież kto, jeśli nie najbliższe otoczenie prezydenta miałoby później realizować wizję Polski żyjącej w zgodzie i wzajemnym szacunku.
W pierwszej kolejności chciałbym przypomnieć słowa nie byle kogo, bo szefa sztabu wyborczego Bronisława Komorowskiego-Sławomira Nowaka. W ramach dbałości o wysoki poziom debaty publicznej nazwał on głównego konkurenta obecnego marszałka Sejmu "kandydatem specjalnej troski". Oczywiście zrozumiałe (choć zważywszy na okoliczności rodzinne niestosowne) jest wymyślenie przez wynajęte agencje PR dyskredytującego określenia na rywala politycznego. To jednak wykorzystywanie tego wyrażenia przez wiceprzewodniczącego klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej mówiąc delikatnie nie było na miejscu.
Z właściwą sobie subtelnością wypowiedział się premier Tusk. Człowiek, który obiecywał, że młodzi ludzie będą wracać z Wysp, bo praca w Polsce znowu zacznie się opłacać; że nasze dzieci będą leczyć dobrze zarabiający lekarze; i że oczywiście obniży podatki bez żadnych skrupułów nazwał Jarosława Kaczyńskiego "kłamcą" za przypomnienie, że PO jest zwolennikiem prywatyzacji szpitali. Sądzę, że wypowiedź w takim duchu niezupełnie wpisuje się w klimat zgody.
Zapomnieć o sobie nie pozwolił również Władysław Bartoszewski nazywając kandydata Prawa i Sprawiedliwości "hodowcą zwierząt futerkowych". Przez wzgląd na życiorys ministra Bartoszewskiego nie będę dalej komentować tego zachowania.
Te trzy krótkie przykłady w sposób radykalny weryfikują piękne hasła wygłaszane przez sztabowców Platformy. Nie chcąc być posądzonym o stronniczość zrezygnowałem z przypominania krasomówczych popisów panów Palikota czy Niesiołowskiego. A może po prostu tak skutecznie oddziałuje na mnie hasło wyborcze Bronisława Komorowskiego :)
"Zgoda buduje"-brzmi dobrze. Jako powiedzenie, a nawet hasło wyborcze. Natomiast poza pozytywnymi emocjami jakie ma wywoływać, niemniej istotna jest jego wartość treściowa. A ta, po przedstawieniu jej wczoraj w czasie debaty prezydenckiej (czy raczej panelu dyskusyjnym) przez Bronisława Komorowskiego, wydaje się przynajmniej dwuaspektowa. " Według mnie jest potrzeba prezydentury, która łączy, a nie dzieli. Musi się skończyć czas sporu" - powiedział marszałek Sejmu.
Z pewnością pożądana jest zgoda rozumiana jako współpraca najważniejszych organów państwa w kluczowych dla Polski sprawach. Polskiej polityce służyłaby również merytorycznie uczciwa i prowadzona w konsyliacyjnym duchu debata publiczna. Także sposób komunikowania się z wyborcami wymaga spokoju, obustronnego zaufania, a czasem po prostu uśmiechu.
Natomiast pewne obawy może rodzić zgoda rozumiana jako brak sporu, o którym mówi Bronisław Komorowski. Dotykamy tu bowiem jednego z fundamentów dobrze funkcjonującej demokracji. Ścieranie się poglądów, wizji czy już ich zmaterializowanych form w postaci projektów ustaw jest gwarantem rozwoju poprzez krystalizowanie się najlepszych rozwiązań.
Jeśli więc marszałek Sejmu chciałby zredukować rolę prezydenta do wykonywania poleceń premiera i koncentrowaniu się przede wszystkim na uważnym siedzeniu po żyrandolem, to taki prezydent jest nam po prostu niepotrzebny. Lepiej byłoby pieniądze kierowane dla Kancelarii Prezydenta przeznaczyć na odbudowę zalanych gmin, a w przyszłości na budowę autostrad. Choć trzeba uczciwie przyznać, że przy tak rozumianej prezydenturze nie bylibyśmy jedynymi na świecie gdzie istnieje system jedynowładztwa. Jest przecież Białoruś, Kuba, są Chiny...